To motyw przewodni tej historii. Ile razy nie spotykałem ludzi, którzy uważają, że są lepsi bo mają pieniądze od starych. Ostatnio sytuacja zrównała nas w sposób, o którym warto opowiedzieć.
Są wakacje, więc czemu nie wyjechać sobie nad morze. Znajomi, plaża, piwko... w środku dnia jakiś koleś parkuje Land Rovera, wysiada i robi do mnie podjazd, że mam nie stać obok jego samochodu. Po ostatnich postach chyba mnie znacie.. NIE, NIE POBIŁEM GO! Usiadłem, właściwie oparłem się o jego Autusio. Koleś wzburzony jakby mu ptak narobił przez otwartą szybę i z pyskiem :/ Ja, spokojnym tonem, że mieli mi tu postawić ławeczkę, i że będą robić kanalizację. On coś pobeblał i próbował mnie nastraszyć ruszając samochodem. Wlazłem na maskę i z nogami do góry przejechałem kilkanaście metrów. W końcu zeskoczyłem, bo zrobiło się dosyć "wietrznie" od prędkości, a koleś, chcąc mnie rozjechać wymierzył celny strzał w betonowe ogrodzenie. Samochód do niczego.
Okazało się, że muszę wracać wcześniej z naszej wyprawy (tak jakby 23:15 było wcześnie). Nie mam autka, więc hopla na autobus. Przystanek. Sprawdzam jeszcze raz rozkład, żeby mieć pewność, że autobus z godziny 23:10 przyjedzie równo o 23:50. Jak człowiek czeka 20 minut przed planowanym przyjazdem to ten przyjedzie godzinę po nim (ZWOLNIĆ LOGISTYKÓW, PLANISTÓW I TYCH OD ROZKŁADÓW), a jak jesteś co do minuty, to Mości Autobus okazuje się być planowo, a wręcz dwie minuty przed. Uprzejma do szpiku kości panienka z okienka PeKaeSowskiej budy mówi mi: Punktualni, jak ZAWSZE i odwala smajl jakiego w życiu nie widziałem i nie da się go opisać emotikonami. Po odsiadce na przystanku, widzę, jak z mroku zamglonej i podle oświetlonej ulicy wyłania się chuda, połyskująca postać. To Pan Rover. Land Rover. Miła konwersacja się nawiązała:
Ja: Co tu robisz? Rower ci się zepsuł? Bo widzisz, jeden pedał nie wystarcza...
LR: Mało ci? Mam ci teraz przyjechać?
Ja: Przepraszam, może czegoś nie pamiętam, ale przyjechać to ty przyjechałeś w płot jedynie... kretynie...
LR: Ciesz się, że nie mam czasu na ciebie
Ja: Ależ skąd, mamy czas, skoro czekasz na autobus. O której jedziesz?
LR: H** ci do tego
Ja: Chciałeś startować. Ja ci znajdę czas, tylko zachowuj się w międzyczasie, jak będę to robić.
LR: Ty poje** jesteś.
Było tego więcej ale szkoda gadać. Otóż puenta niemiłosiernie zbliża się ku swojemu nadejściu na ten blog, popychana przez czas z całej siły - Panicz Rover odszedł od przystanku (do sklepu, bo ''już nie wytrzymi'') Wtedy też podjechał upragniony od 48minut autobus. Bestia wielka o oczach świecących i z podświetlonym napisie zrobionym na kartonie. Stan techniczny jego i jego wyposażenia sprawił, że zakręciła mi się łezka w oku. On mógł przecież wozić Marszałka Piłsudskiego! Ma co najmniej ze sto lat... Staję przy krawężniku. Staję na skraju przepaści, gdy drzwi zatrzymują się tuż przed moim nosem. Słyszę upragnione 'tssss' sugerujące, że machineria od drzwi zaczęła działać. Jednak drzwi zatrzymały się uchylone jak wywietrzniki w dachu. Cóż począć? Kierowca, pan losu i nieszczęść pokazuje, żeby drzwi zperswadować do otwarcia się ciosem. Koncentrując swoje Chi wykonuje uderzenie podstawą dłoni, które odrzuca potwora do tyłu, a następnie rzuca nim na bok otwierając przejście po schodach rozpaczy. Z dumą rozdziawiam portfel wykrzykując: ''POSELSKI!'' oraz nazwę miejscowości w której zamierzam wysiąść. Autobus odjeżdża. Ja idąc do tyłu, rzucany po całym autobusie łapię się tylnych oparć siedzeń na samym końcu i widzę Barona Rovera gestykulującego niczym Mim z Placu Pigalle po wciągnięciu "węgorza". Po odmachaniu usadowiłem się jak najwygodniej (nie mówię, że wygodnie) i założyłem słuchawki na uszy. Cierpliwość popłaca, Panie Rover. I trzeba mieć troszkę szacunku do ludzi. To karma, jak mawiają niektórzy. Ja i Frank Castle nazywamy to "Natural Justice"
Migające w rytm piosenki światła wprawiły mnie w niezły nastrój. Na poboczu zauważyłem czerwone punto. Obok punto stał chudy wąsaty Pan. Wiedziałem co się dzieje. Krzyknąłem na cały autobus: "To Abordaż! Bilety w dłoń!" Tylko dziewczyny obok zareagowały. Jedna uśmiechem, druga natomiast zaczęła w konwulsjach grzebać w torbie szukając czegoś, co okazało być się zwykłym, wymiętym kawałkiem papieru, z deka przypominającym krawat. Pan kierowca potwierdził jedynie moje słowa: "Proszę naszykować bilety do kontroli". Pan Wąsacz chwilę postał przy kasie, kontrolując samego Pana rozpaczy - kierowcę. Później, Wąsaty Pan niedoli skierował się korytarzem dusz w moją stronę, rzucając papierem dookoła. Wzrok jego wskazywał na podejrzenie o braku uiszczonej opłaty z mojej strony. Być może sprowokowała go pozycja, w jakiej się znajdowałem... Chyba miałem rację. Zostałem poproszony o zmianę pozycji na "bezpieczną podczas jazdy" oraz "pokazanie, co tam mam". Z początku sięgałem do rozporka, ale dziewczyna obok swoim :facepalmem: pokazała, że chodzi jednak o lewą kieszeń. Po udanej kontroli, Pan wysiadł za dwie miejscowości. Ja, po nawiązaniu miłego kontaktu z Paniami, wysiadłem w swojej. Nie dziwiło mnie przejechanie 40 minutowej trasy w półtorej godziny. To normalne. It's a bitter sweet symphony that's life, jak powiedziało w odpowiednim momencie moje MP3.
Dzień uważam jednak za udany, pomimo kilku wpadek, które opisałem. Życie jest fajne. Ale nie jest ciekawe. This life ain't worth living, jak znów powiedziało moje MP3. Ale nie trzeba umierać, wystarczy je samemu zmienić.
P.S. A propos cierpliwości, muszę pisać to w notepadzie czy wordzie i wklejać, bo po pisaniu takiego referatu wylogowuję się i muszę pisać od nowa.. a weź przestań...
Tak, dzisiaj jadę jeszcze raz. Wjeżdżam na blog bo troszkę się wydarzyło. Ojciec się powiesił. Nigdy go nie szanowałem, bo ojcem może być każdy, a tatą niewielu. Ucieczka od problemów i zostawienie w nich bliskich to nie wyjście. To wejście w nowe problemy. Mam nadzieję, że wyślesz mi pocztówkę z piekła. Znaczek 2.40zł - zagraniczny zwykły. Przecież nie naciągnąłbym ciebie na priorytet, tato.
Na pogrzebie popis rodziny. Ojciec był czarną owcą dla wszystkich, a teraz tak wylewnie go pożegnali. Aż na wymioty mnie zbierało. Po pogrzebie wszystkim powiedziałem, że nie idę na stypę, bo nie potrafią się zachować (wersja dla dzieci). Wziąłem ćwiartkę , walnąłem na mostku łyka za jego zdrowie, resztę wylałem do wody. Niech ma. Dobrze, że nie poszedłem, bo okazało się, że kuzyn stryjeczny Wojciech R. chwalił się, jak to wysoko nie zaszedł w branży IT przez ostatnie 5 lat. Panna Basia, jego ''kuleżanka'' migała oczkami zachwycona ze swojego Rycerza Skywalkera, którego przerzucają pomiędzy ciemną a jasną stroną mocy, bo nikt go nie chce. Nie wytrzymałbym. Nie teraz.
Kupiłem sobie AWP. Steyr, jak kto woli. Air soft na szczęście dla was, paszczaki. Efekty za miesiąc.
Po pogrzebie przebrałem się za mikołaja i poszedłem do galerii. 500zł na prezenty - maskotki i perfumy. O, i jeszcze po torebce herbaty. Nikt się nie dziwił, że jest lipiec. Brali i szli dalej. Tacy jesteście. A ja zrobiłem to również dla siebie i nie jestem lepszy. Zaspokoiłem swoją potrzebę wkurzania ludzi. Będzie więcej przebieranek. Oj tak, czekajcie i czytajcie.
Na władzach powiatu nie mogę zostawić suchej nitki. Swoje postępki niszczenia miejsc dla młodzieży w jednym miejscu tłumaczą konserwacją zabytków, a w drugim niszczenie zabytków tłumaczą potrzebami młodzieży. W pierwszym przypadku jest to nadymana ambicja starosty, a w drugim... też. Po pierwsze, nr 1 to gówno a nie zabytek, bo wyłożyli kostkę brukową i wybudowali galerię w miejscu pełnym kamienic, które teraz pękają. Nr 2 to kompletna bzdura, bo stawiają kij wie jakie gówno pomiędzy dwiema neogotyckimi budowlami - obstawiają szkołę parkingami i cegłami nie zostawiając miejsca na kij od szczotki. Nie chce mi się więcej o tym gadać... A gadam, bo jadą za to burmistrza, który nic nie może z tym zrobić. Propaganda PRL.
Jeszcze tu wrócę...
Część jakiegoś planu. Nie wiem co ludzkość ma z tym wspólnego (nie, nie chodzi o kosmitów), ani co to wszystko oznacza. Tak jak mówiłem (albo nie, sam nie wiem), zacząłem kręcić się z 'nowymi' znajomymi. Padło na tych ze studiów. Tak zaczęliśmy jak niby nigdy nic zgłębiać swoje tajemnice. Okazuje się, że to i tak są znajomi znajomych. W większym lub mniejszym stopniu, starych czy nowych kumpel czy kumpli, ale jakieś skojarzenia z pewnymi miejscami i osobami są. Do tego parę szczegółów, o których nie powinienem pisać, ale warto byłoby. Wtedy dałoby się to wszystko zrozumieć.
Sen też miałem taki dziwny. Byłem jakimś kolesiem - wojskowym. Pewnie wyjebali mnie wcześniej z wojska, bo chodziłem ubrany jak Colombo, a i wrażenie miałem, jakbym z wojska wyrzucony został. Nvm. Wojskowych znałem dobrze. W pewnym momencie podchodzi do mnie koleś obwieszony medalami bardziej niż trumna zabitego w Afganistanie generała, i mówi, że mnie szukają. Że coś ukradłem. Po nędznych pościgach pieszo, dowiaduję się, że w wypadku ginie moja rodzina, i że chodzi o jakieś dyski z danymi o jakimś wypadku. I że to sprawa międzynarodowa - jak wypłynie, będzie wielka wojna. Gdy docieram do domu, wszystko obstawione jest wojskowymi. Zaczepiam kobietę i przechodzę obok strażników z jej dzieciakiem w rękach. Na klatce schodowej jakiś sierżant śpi z hełmem nasuniętym na oczy. Przechodzę obok i wpadam do mieszkania. Widzę wymienione panele - na kafelki, wymienione podłogi - na ciemniejsze, i kolory na białych dotychczas ścianach. Jakiś koleś chodzi i mówi do mnie, że to jego mieszkanie i mam wyjść. Sprzedałem mu kit, że chciałem kupić i żaliłem się, że za późno. I mówię, że parę lat temu inaczej tu było. Robię wypad. Kolejny raz mijam straż, tym razem udając poranny trening w woju z przyśpiewkami. Kręcą głowami i widocznie są wkurzeni, pewnie myślą, że się nabijam. Idę w stronę torów. Nie wiem czemu. Po drodze mijam płaczącego konia. W połowie drogi wyskakuje ten obwieszeniec i mówi, że mam się poddać, to wyjaśni sprawę. Ja mu mówię na przekór: że oddam się władzom, jak wyjaśnią sprawę. A on mi bezczelnie, że mnie aresztuje, i że zrobi co może, żeby wyjaśnić aferę. Wywróciłem go i powiedziałem, że idę wyjaśnić sprawę, a potem zrobię, co mogę, żeby się poddać. Przed torami są ruiny (tu autentycznie chodziłem po swoim mieście). W ruinach zauważyłem zejście do kanałów (to dodatek od głowy). Żołdaki coraz bliżej, to wlazłem. W kanałach były wyjścia na całe miasto. Posprzątałem (było lepiej jak u mnie w domu ;] ) i podpisałem gdzie jakie wyjście prowadzi. W tej chwili do kanałów wchodzi koleś - poobdzierany, postrzelony (cholera, śmiertelnie!) i wszędzie roztacza się mgiełka ze światła. Taka słabiutka, biała, jak nad polami. Postać wręcza mi dyski, których wszyscy szukają i mówi do mnie w obcym języku - "Masz, tego wszyscy szukacie" - zrozumiałem o.0. Ale co to za język? Koleś znika tak jak się pojawił, a do kanałów wpadają niedźwiedzie. W tym momencie budzę się cały mokry, tak jakby te misie były kij wie jakim bossem i miały dorwać mnie po przebudzeniu. Kij wie co ja mam w głowie, skąd to się wzięło, ale mam tyle przemyśleń na ten temat, że głowa mnie tylko boli.
Jak ktoś umie interpretować takie rzeczy, niech się odezwie :/ U doktora tego nie pokażę.
Teraz dopiero będzie wolne. Wypoczęcie od wszystkiego było dobrym pomysłem, ale ludzie potrafią zepsuć wszystko. Miałem wyjechać sam, całą noc przesiedzieć na plaży z sześciopakiem żywca... Już się nawet pakowałem. I wtedy się zaczęło. Tomciu -jak zawsze- z Gregorem wpada -jak zawsze- bez pukania. W ręku procenty -jak zawsze-. Jak zobaczyli, że się pakuję, to tylko mi powiedzieli : "Namówiłeś nas". Kumplom się nie odmawia w potrzebie. Zwłaszcza, że ostatnio podratowali mnie funduszem. Oczywiście trzeba się pochwalić dobrą nowiną innym znajomym. Chłopaki i dziewczyny zjeżdżają się z całej galaktyki, a na końcu Myszka, która nie zapomniała powiedzieć jakim to jestem samolubem, że nic jej nie powiedziałem o "Takiej wielkiej imprezie". Czasami -zresztą coraz częściej- gdy ludzie zgadzają się ze mną, myślę, że się pomyliłem. Impreza jak każda inna. No, może to ognisko na plaży. Nikt nie spał. Kierowcy mieli ulgę, bo ktoś mądry powiedział, żeby jechać autobusem. Fotki wyszły przednie. Oczywiście "Pan reżyser" i jego "scenografowie" zaaranżowali takie sytuacje, że nagrody na festiwalach na to nie zasługują.
Teoretycznie miałem być sam, wyciszyć się, zjeść coś lepszego. Jak zwykle rozszalałem się na maksa i poczułem zew natury. Pogoda się nie udała, ale pod prowizorycznym foliowym namiotem (skąd oni, do diabła, wzięli tyle folii?!?!?) też było fajnie.
Teraz zasłużony odpoczynek od odpoczynku.
Pewnego pięknego dnia, dowiedziałem się, że obowiązkiem Moim, jako podatnika jest rozliczyć się. Wzięłem PIT, zebrałem wszyściutkie papiery do wypełnienia tego szatańskiego świstka, a i tak nie kumałem. Po znajomości, za czekoladę i kawę zrobił mi to kolega. Oczywiście, musiałem przyjrzeć się jak to robi, bo taki radca prawny to pewnie ma więcej roboty i nie chce mu się z drobnostkami pieprzyć. Pisał i pisał. Praktycznie wszystko wiedziałem, tylko w paru punktach pytałem się, skąd wziąć daną liczbę i czy da się jakoś inaczej. Po paru takich pytaniach okazało się, że ... PIT został wypełniony. Spodziewałem się kolejnego życiowego odkrycia typu "luka w prawie" albo rubryki, w której wpiszesz co chcesz, i dadzą ci kasę. Nic takiego nie znalazłem. A mogła być z tego niezła kasa.
A TERAZ MAJÓWKA- CIESZYCIE SIĘ?
Trzy dni, które człowiek ma dla siebie i rodziny. Wolne od pracy - ustawowo. Jedzie się nad morze, albo w góry czy na Mazury. Dla was to wolne, ale pomyślcie o tych wszystkich biednych podrzędnych pracownikach hoteli, którzy latami odkładają pieniądze na urlop (na majówkę, na przykład), a muszą obsłużyć wszystkie te dupy, które zwalają się w jeden dzień na obiekt. Ja im nie dołożę. Pojadę gdzieś tam, zaszaleję od rana do wieczora, a na noc do domu. Wali mnie, że wszędzie mam daleko. Takie życie.
Kolejny raz przeprowadziłem popieprzone przemyślenia na mój temat. I co? Nic. Nie będę z nikim zabierał się za jakieś plany. Kiedykolwiek i cokolwiek robiłem z kimś, nie sam - zapierdzielałem jak głupi, dopinając wszystko na ostatni guzik, dając z siebie wszystko (nie mówię, że wszyscy się opierdzielali) tylko po to, żeby usłyszeć, że się znudzili. Od dziecka tak było. Produkcja zbroi z kartonu, kusz; deskorolka, graffiti, muza, melina na wypady. Dzisiaj tylko ja mam - na pamiątkę - pierwszą, najgorszą kuszę i tę ostatnią - najlepszą. Tylko ja zrobię backflipa czy przejadę się więcej jak 1m po barierce bez gleby. Ja jeden wiem, jak zrobić na murze coś, czego nie zamażą swoim HWDP. Konto z muzą wyjebałem. Nie chcę, żeby po ludziach krążyły teksty typu "Za przyjaźń, za wiarę, za wspólne działanie; za to co po nas na Ziemii pozostanie" albo "Nie znam więcej takich jak te tutaj chłopaki". To wszystko minęło. Nie ma tego już. Teraz siedzę sam na dupie, i chodzę się socjalizować od czasu do czasu z osobami które nie są aż takie zajebiste, jak bym chciał. Tylko, że trzeba mieć jakieś życie, a nie non stop w domu czy na kompie. To żałosne. Teraz idą wakacje, to wpieprzę się w jakieś towarzystwo i tyle po moich zmartwieniach. Ekstrawertyk ze mnie, to mogę nawet w Szanghaju wkręcić się na imprezę, chociaż kompletnie nie znam języka. U mnie w mieście wszyscy porobili się dresiarze, albo wyjechali. Co mam wybrać? Ja jak zwykle pójdę swoją drogą. A z jakim skutkiem? Oby jak najlepszym.
Dzisiaj moja druga połówka (nieee, nie Myszka) odezwała się. Wstałem, wybiegłem na miasto - fryzjer, zakupy (no, to co potrzebne + mała inwestycja w wygląd). Przez ten czas odbierałem wszystko nie jakby miało się na mnie rzucić - szykując się, by oddać i zabić ; Szedłem i wiedziałem, że wszystko jest dla mnie. Że pójdę i wezmę - tak po prostu. Oby było tak jak najdłużej.
Zrobiłem nawet obiad. Pomidorowa, Lazanja (heh, wiem, jak się to pisze :P), a na deser lody czekoladowo-czekoladowe z czekoladową polewą i posypane kawałkami czekolady - wow! jeszcze tam było coś z czekolady, ale nie pamiętam. Miało być miło. I było. Ogólnie to 700zł w plecy na wszystko. (Tylko nie myślcie, że Bóg wie co kupiłem - studia też opłaciłem :P )
Siostra oglądała kreskówki. Wali mnie co leci w telewizji (w sumie to nędza, co chwilę brecht mam z czyjegoś pomysłu na serial), ale tym razem to przegięcie: BATMAN! Ten z Cartoon Network. Ale go skurwili. Dla porównania linki. Dajcie znać, czy dobrze myślę.
http://www.youtube.com/watch?v=lEx9r5enZsk - Prawdziwy Batman, taki, jakiego pamiętam i jakiego chcę widzieć - rzeźnik.
http://www.youtube.com/watch?v=5RzTntWuP1w - Uzurpator. Bajeczka dla dzieci, zamiast koszmaru dla przestępców.
Może i jest ze mną coś nie tak, ale Batman jest jak Punisher albo Wolverine. A ich nie da się przerobić na taką bajeczkę.
Odkurzyłem sobie konto w Endless Online. Gierka internetowa jakich wiele. Kreskówkowa grafika, dużo pracy na lvl, zróżnicowane eq i questy. Małe to i niedopracowane, ale wciąga. Pierwsze rzeczy jakie zauważyłem? Boty - dlatego skończyłem z Dofusem. SPAM i SPAM i SPAM. W dodatku kradną potencjalny exp i dropy. INFLACJA - ostatnim razem miałem 20.000 złota. Teraz byle gówno kosztuje 2 miliardy. Hacki - Speed, Naprowadzanie, Automatyczne przyjmowanie do gildii [bez twojej zgody]. Ludzie robią z gry gówno, na którego są szczycie. Kiedy im za bardzo śmierdzi, odlatują jak muchy. A gówno zostaje. Ktoś nie potrafi grać, to niech nie niszczy gry innym, bo i tak jest ciotą, a i tak niewiele zyskuje - prędzej czy później się tym znudzi. Ludzie - OGARNIJCIE SIĘ.
Coraz lepiej idzie mi z klawiszami. Po drodze zaczęło mi wychodzić Morandi - Colours i Linkin Park - New Divide, ale Nubm też już ogarniam. :D
Dziś oto nastał dzień, w którym jestem dumny. Kronos, Pan czasu, próbujący wmusić we mnie spowolnienie, brak inicjatywy, by jak najwięcej jego dzieła - czasu - pozostało nietknięte, niewykorzystane - przegrał. Zabrałem się do roboty. Dziś muzyka. Odkurzyłem swojego starego keyboarda i porozglądałem się po internecie. http://www.virtualpiano.net/ - oto co znalazłem. Można grać na klawiaturze. Przypomniały mi się "talenty". Zaraz nauczyłem się "Dla Elizy" co po chwili przełożyło się z klawiatury na keyboard. Później ogarnąłem to: http://www.youtube.com/watch?v=4cesrlcnsmw - stuprocentowo. [DO DALSZEJ CZĘŚCI DOBRZE WŁĄCZYĆ LINK] Nie myślałem o ludziach, szkole, pracy... ogarnął mnie taki zajebiaszczy spokój, że aż płakać mi się chciało. Ponad półtora godziny zapętlałem kawałek, myśląc o chwilach, w których odnosiłem zwycięstwa nad swoimi słabościami. Poczułem się normalnie. Nie chciałem nikomu wpierdzielić, naubliżać. Nie denerwowały mnie byle bzdety. Przez jakiś czas byłem człowiekiem. Nie rozróżniałem złych czy dobrych aspektów życia. Ono samo w sobie było cudem, magią. Nie chciałem się go pozbywać, ani czynić równie odrażającym dla innych. Chwyciłem moment i nie chciałem puścić. Nie byłem już tym samym człowiekiem. W końcu jakiś konkret. Tylko, że wszystko wróciło. Tak to jest z weną.
Muszę odpocząć od ludzi. Kilka dni przerwy. OVER.
Cześć. Wiedziałem, że nie będzie mi się chciało pisać. Ale to nie tak. To trochę głębsza historia, którą, by zrozumieć trzeba się cofnąć o kilka lat.
Był chyba 2007 rok. Pracy wtedy nie miałem to i całe moje życie kręciło się wokół ulicy. Towarzyszyła mi banda przygłupów, których znałem od bardzo dawna, to i nowych znajomości nie chciało mi się zawierać. Kiedyś jakiś niby kumpel miał do jednego z tej bandy jakiś problem. Dostał od niego parę razy, ale dalej się czepiał. Nie dawał rady sam, to przychodził z kolegami. Jak ich kilku do nas dwóch podeszło, to co miałem stać? Pierwszy ładnie dostał, bo dał spokój. Dawno nie widziałem jak ktoś nie wie czy ma krwią pluć czy smarkać. Skurwysyn pewnie dopiero się dowiedział, że drogi pokarmowe i oddechowe są połączone. Przez cały czas nie patrzyłem na kolegę, który szarpał się na ziemi z jakimś debilem. Do drugiego, szerokiego, nie chciałem startować, więc storpedowałem mu podbrzusze kopniakiem jakiego by się Krzynówek za dobrych lat nie powstydził. Jajecznica z kiełbasą, albo jajka na miękko i parówa na zagrychę jak kto woli. Dalej nie miałem tyle szczęścia, bo brudny kawał kija bejsbolowego pokazał mi, że przepona może dostać skurczu i się nie rozkurczyć. Ogólnie to taki wpierdol potem zebrałem, że w myślach przewijały mi się tylko nazwy prochów przeciwbólowych. W końcu przestałem czuć ból, ale to chyba od nadmiaru. Kilka dni później, jak już mogłem chodzić, wybrałem się na wieczorny spacer po parku. Dziwnym zbiegiem okoliczności przechodziłem obok domu jednego z tych frajerów, a i w dalszej trasie mógłbym przypadkowo znaleźć więcej takich domów. Tak się złożyło, że kretyn akurat wracał z kółka teatralnego (kij wie, co za ciota). Zdziwił się zdziebko, ale ryj rozdziawił dopiero jak mu przemieszałem bebechy kijaszkiem. Położył się, a ja idę dalej. Ciekawe kogo jeszcze spotkam. Z resztą poszło mi gładko. Tylko ten co stracił dziewictwo, jak mu własny członek nerki spenetrował był z psem i gaz pieprzowy miał. Pies głupi, bo na kij się rzucił, a jak go mi wyrwał, to w las poleciał. Gaz pieprzowy pierwsza klasa - 4 sekundy nie mogłem oczu otworzyć, ale koleś nie skorzystał. Język mi przeżarło gorzej jak papryczki z "ogródka" Tomcia. Zdziwił się chyba, bo nie zareagował jak mu puszkę wyrwałem. Potem coś nagle sobie przypomniał, bo dowalił podwójny facepalm i pobiegł do domu krzycząc "woda" - chyba kranu nie zakręcił. Że mnie wszystko bolało to dwa dni w domu przeleżałem. Po dwóch dniach wpadam na prywatkę i to co widzę mnie przerasta. Siedzi banda huja z moją bandą i leją wódę. Podwójny nietakt. Raz- nie zaprosili mnie oni, tylko moja Myszka, Dwa- siedzą z kimś, kto dopiero ich chciał ... no, wiecie. Rzuciłem im na stół flaszę, tak że postrącałem kilka szklanek i powiedziałem: "Pijcie moje zdrowie, mutanty". W dupie ich mam. Tak się sfrajerzyć to nie ma zmiłuj. Zacząłem się wozić z kumplami ze starej szkoły - w sumie lepsze towarzystwo, bo bez pytania ich otłukli parę razy, to teraz żaden nie czuje się bezpieczny nawet po drugiej stronie chodnika.
Przerwa w pisaniu była dlatego, że ci debile "spróbowali, czy im wolno". Dwa dni wyjazd nad jeziorko, ognisko, mięsko - Myszka mi taaaaaką dobrą karkóweczkę zrobiła, mmmm - a kretynów przywiązaliśmy do pomostu. Ot takie samo przywiązanie to nic. Wypadało by coś odwalić. Pognębiliśmy ich troszkę - każdego osobno- i spaliliśmy im ciuchy. Nic takiego. Pseudo-skejtowskie dresy firmy stoprocent, prosto i JP... Grzesław palił je z tak jakby... przyjemnością. Mnie to ogólnie wali. Cwele pół roku temu techno i diskopolo walili jak szło, a teraz niby hip-hop (niby, bo jak o wykonawców spytasz to Firma i nowe single Sokoła - "Ja bende brał cie, skaucie"). W ostatnim poście było, że miałem zrobić coś dobrego. Sorki, nie wyszło. Ja tylko cieszę się prawem do wyrażania opinii za pomocą kija, a oni się na mnie rzucają... coś im nie styka. Rano ładnie posprzątaliśmy, a łobuzów nie było. Nawet zapomnieli zniszczyć nam samochody (hmm... to kuszące w takiej sytuacji) tylko grilla wywrócili. Bo bez alarmu i nie musieli spierdzielać. Grilla to nie wybaczę. Pogięli w pizdu, a karkówki i kaszanek jeszcze zostało. Za karę porozwalaliśmy pustakowi pustaki na budowie. Niech sobie dom z regipsów stawia.
Prezentację też na studiach miałem. Zrobiliśmy ją dzień wcześniej, ale tak wyszło, że wszyscy oczy jak 5zł i gęby w dole. "Poziom zawyżyliście" - serio, nie robię sobie jaj. W sumie to tylko czekam co Mister Profesor powie... wazelina też była, bo temat o rynku pracy to mówiliśmy, że nauczyciele za mało zarabiają - w stosunku do np. żołnierzy. Czekam na wpis. Ciekawe jaki. Nie chcę iść z tym rebusem studenckim. Mam to już nawet na plecaku namalowane. "Panda 3". "Pan da trzy"-gdyby ktoś nie wiedział.
Tak właśnie zleciały mi te dwa dni. No, może jeszcze tyle, że przyjechał braciszek-pasożyt. Młodszy o 2 lata a wymądrza się, że hooy. Tak jakby mu wszystko się należało za to, że istnieje. Mieszka pedał ze swoim chłopakiem (a może dziewczyna taka szpetna) w Gorzowie czy na jakimś innym zadupiu i przyjeżdża na weekend narzekać, że czemu ja mam, a on nie ma. ANO MASZ ODPOWIEDŹ: ZAROBIŁEM SOBIE, KURWA!. Palant sprzedał wspólnego kompa i grosza mi nie dał, a większość moja była. Jak kupił nowego, to zarzekał się, że wspólny, bo tamten bez mojej wiedzy sprzedał. Teraz mam swój, i niech spierdala. A tamten to mu w przednią szybę samochodu wbiłem. Niech sobie gra w NFS na symulatorze. Zazdrość jest zazdrość. Każdą grę przechodziłem bez kodów sześć razy szybciej niż on na kodach. Od razu je usuwał i mówił, że są do dupy i znajdzie lepsze. Jakoś nie wierzę, że chodziło mu o Postal (tam mu wprost mówili, że ciota), Unreal, GTA i NFS. Był jeszcze Quake Wars: ET, ale tam kodów nie było i Fallouty ale tam się myśli, to on wcale nie grał.
Nie wyszło mi nic dobrego. Oj, nie wyszło. Myszka będzie zła. A może Ją bym gdzieś zabrał? Tak bez niczego wyrwał ją z pracy, wypłatę z bankomatu i wyjebał Bóg wie gdzie i jak daleko. Wie weit die Fuße trage. Przed siebie. Stanąć gdzieś w zajeździe przy lesie, spać w samochodzie i wrócić za trzy dni. Może wtedy by nadarzyła się okazja do zrobienia dobrego uczynku. Bo w tym wypizdówku to znam wszystkich, nawet z widzenia. Nie zbiera mi się im pomagać. Oni też mi nie pomogą. Człowiek musi sam sobie radzić. Tak. Tak zrobię. Wyniki wpiszę tutaj, chociaż dalej nikt tego nie czyta.
Dzisiaj już pisałem. Chciałem dodawać po jedną notkę dziennie, ale tak się złożyło, że zebrało mi się na apel.
Doszło do tego tak: Ogarniam ten pieprzony HTML, żeby dołożyć na stałe w nagłówku wstęp (zgadnijcie! - nie wyszło). Powiedziałem sobie, że przejrzę inne blogi, to może coś takiego znajdę i skopiuję. Przeszyła mnie myśl, żeby sprawdzić blogi najczęściej wyświetlane. Kiedy otworzyłem pierwsze hiperłącze, poczułem się jak bohaterzy Star Wars w momencie, kiedy gwiazdki się rozciągały (ten hiper napęd, czy coś) - odruch wymiotny.
Pewien człowieczek wykazywał ułomne trollowate skłonności - z bloga waliło hipokryzją, pieniactwem i ułomnością. Ot zwykły troll - wkurza cię, żebyś zrobił mu radość i odpisał. Takich trzeba kochać. Tak, kochać. My kochajmy go jak bracia, bo karmi się naszą nienawiścią, a niech inni kochają go jak chcą, żeby dupa mu wpół pękła. Mnie to wszystko gówno obchodzi. Zostawiłem wpis pod trzema notkami i więcej tam nie wejdę. Ot co. Nie jestem żadnym krytykiem literackim, ani pedagogiem, żeby non-stop prowadzić pajaca za rączkę i na pasach puścić ją, by wpadł pod ciężarówkę - w pewnym filmie podstawiłbym go za rower, który wdzięcznie wpierdzielił się pod Freightlinera z chórkiem w tle: BAAAJSIKEL... BAAAJSIKEL
Gdybym znał takiego, pokazałbym mu praktyczne zastosowanie szpadla w badaniu grawitacji i pędu - na jego głowie. Przy okazji sprawdziłbym, czy głupota to nowotwór. Może dałoby się wyleczyć ludzkość... chociaż, jeżeli skalpel jest jednorazowy, to znaczy mniej więcej tyle, że nie starczyłoby metalu. Czyli jesteśmy udupieni. No nic. Trzeba zrobić doktorat czy profesurę z psychologii i zawalić swoje życie, próbując naprawić życie innych.
Dzisiaj mam zamiar zrobić coś dobrego. Dam znać, jak mi poszło.
Tak, jednak mnie przemogło do pisania. Poranek jest zadziwiająco trudny. Nic nie piłem, a mam najgorszego kaca w życiu. Nawet kanapka z serem i szynką wydaje się być za głośno. Trochę chorowałem, i chyba nadal jestem chory. Nafaszeruję się cudami medycyny (witaminka C, przeciwkaszlowe, Fervex) i powinno przejść, chociaż w Mojej głowie słyszę kawałek "I will survive", który nijak mnie nie pociesza, w dodatku wydaje mi się, że Gloria Gaynor obija się swoim cielskiem o skronie wydając przy tym dźwięki o jakich nie miałem pojęcia.
Nie ma tego dobrego co by na złe nie wyszło. Kolejny raz ludzie udowodnili mi, że powinni zostać wycięci w pień przez mieszkańców Atlantydy, czy Ufoludki. Kolo żebrał "NA CHLEB", dostał bułkę, bo akurat miałem w torbie. Wziął coś niechętnie, a 5 minut później najwyraźniej dostał gotówkę, bo już z winkiem biegał.
Dzisiaj wszystko jest jakby w zwolnionym tempie. Odpał jak po jakichś dragach... JeSTEm KooocIIIIm ReneGGGaaAAtEeeM... w głowie coraz głupsze kminy. Myślałem, czy nie można zamknąć prądu w słoiku, żeby się rozmnażał. Chciałem też wysyłać pocztówki do Yeti, ale nie znam kodów pocztowych w Tybecie. Ogólnie też ludzie zrobili się brzydcy. Muszę iść do fryzjera, bo na głowie bociany mogłyby gniazdować. Jak sam się obetnę, to tylko na zapałkę. A potem muszę palić te włosy, bo mi się zapach podoba i ładnie się zajmują... to też niedobre dla zdrowia. Jak wszystko. Nawet jak na pudełku pisze, że bez konserwantów - konserwanty są. A cukier? Jak bez cukru to słodzikiem, jak bez słodzika to z cukrem. Najgorsze te bez cukru i bez słodzika. Chyba nawet Bruce Wszechmogący nie jest w stanie stworzyć substancji jakie oni tam ładują. Ja nawet wymówić ich nie potrafię. Mimo wszystko, że soki dobre, to spodziewam się po nich degradacji DNA. Kto dzisiaj dba o naturę? Chyba nikt, tak na poważnie. Miliardy lat bez nas była, to nie trzeba jej poprawiać.
Tak nawiązując do natury, to jest taka kawa, której ziarna wyjmuje się z guana* leśnych zwierzątek. Wszystko byłoby ok, bo to się płucze, myje itd. Zbieracze chodzą i szukają tych stworków, które żrą, i robią, i żrą itd. Tylko, że teraz porobiło się ferm. Na wolności taki zwierzaczek wybiera najlepsze owoce (bo jak inaczej) i robi najlepiej jak potrafi (omg). Na fermie, rzuca się między stłoczone, nerwowe futrzaki każdy napotkany owoc. W efekcie obrażone, sfrustrowane futrzaki rzucają się na siebie i robią na rzadko byle jakimi nasionami. A że zamiast normalnie wydłubać nasionka to wybierają je z odchodów? Ich sprawa. Ja i tak nie pijam kawy.
e-blogi.pl [Załóż blog!] Subskrybuj blogi [Zamknij reklamy] |